Drukuj

Alpy Pennińskie 2014

kudlaty. Opublikowano w Alpy Pennińskie 2014


 

PMP Alps expedition 2014 

 

        

                                                                              od przodu: Adam, Andrzej, Witek, Tomek

 

 

           Jak zwykle wyprawa zaczęła się na kilka miesięcy przed wyjazdem. Tak było i tym razem.  Już w marcu wraz z Adamem Kowalskim psotanowiliśmy zmierzyć się z najpiękniejszą górą świata czyli Matterhorn-em mierzączym 4546m npm.  Jako drogę wejścia wybraliśmy trudną grań od strony Włoskiej – LION. Grań historyczne ze względu na to, iż po niej nastąpło drugie w historii wejście na szczyt. Wyjazd zaplanowaliśmy na 31.07.2014 i miał trwać ok 12 -14 dni. Oprócz Matterhornu chcieliśmy zdobyć kilka szczytów leżących w Alpach Pennińskich w tym drugiego co do wysokości w Alpach Duforspitz i Lyskamm. Wyjazd tradycyjnie był po pracy w piątek wg planu 31.07.2014r. Z Adamem (Warszawa) i drugim zespołem skłądającym się z Witka (Katowice) i Wojtka (Wrocław) umówiony byłem w Katowicach. Ok 23-ej skompletowana ekilpa skaładająca się z dwóch zespołów wyruszyła w Alpy by zdobywać najwyższe ich szczyty. Punkt docelowy stanowiło małe , włoskie  miasteczko Cervina Breuil.  Tam też po 17h jazdy zostawiliśmy na darmowym parkingu samochód i ruszyliśmy do góry, gdzie na wysokości ok 2800m npm planowaliśmy rozbić obóz. Obóz nasz znajdował się niedaleko schroniska Rifugoi Duca degli Abruzzi, a prognoza pogody przkazana nam przez godpodarza była „całkiem obiecująca”. W każdym bądź razie dawała szansę na zdobycie szczytu, choć wiedzieliśmy, że nie będzie lekko i nie są to warunki letnie. Z dołu widzieliśmy zalegające duże pola śnieżnie przez, które będziemy już jutro musieli się przedzierać. Poczeszające było to, że mamy mieć łądną pogodą.  Nasz wymarsz o świcie opóżnił mocno padajcy deszcz, który ustał po ok. 2h. Jednak nie zraziło nas to, gdyż wyszło wcześniej zapowiadane słońce i odsłoniły się granie szczytowe. Niestety sam wierzchołem był w chmurach. Na początku doroga była bardzo czytelna. Nawet ktoś pokusił się o oznaczenie jej różowym sprejem zostawiająć dużą kropkę co 20m.  Szybko zdobywaliśmy wysokość. Niestety po 2h wspinaczki podniosła się mgła zalegająca w dolinach i widoczność spadła do ok. 15-20m, a czasem nawet do 5m. Mgła- jedna z gorzszych rzeczy, która może spotkać alpinistów. Brak widoczności punktów chrakterystycznych powoduje utratę orientacji, co w górach może się skończyć tragicznie. Jedank nauczeni doświadczeniem mieliśmy na wyposarzeniu tradycyjny kompas i  GPS, w tórym naniesiona była orientacyjna trasa naszej wspinaczki. Od tej chwili to on stał się naszym przewodnikiem na kolejne kilka godzin. Niestety w dość stromym terenie wskazania te czasem odbiegały od rzeczywistośći co poskutkowało zgubieniem drogi na jakąś 1-1,5h. Czas mijał nieubłaganie. Brnąc w śniegu po kolana z niepokojem wsłuchiwaliśmy się w schodzące gdzieś w pobliżu lawinki. Wraz z mijającym czasem podnosiła się temperatura powietrz, która powodowała przemianę śniegu. Z minuty na minutę śnieg robił się coraz to bardziej niebezpiczy. Po 13-ej znaleźliśmy się w dość stromym terenie z bardzo dużą ilością zalegającego świeżego, mokrego śniegu. Droga, którą musieliśmy pokonąć przebiegała wzdłuż poziomicy czyli nie zdobywaliśmy wysokośći tylko mieliśmy do pokonania jakieś 400-500m w poziomie z niestety z wyjeżdżającym spod  nóg śniegiem.  Decyzja w tej sytuacji była jedna.  Zakładamy poręczówki i idziemy dalej. Teraz nasze tempo spadło ale posuwaliśmy się do przodu. W pewnym momenie serce mi zamarło jak zobaczyłem ze lina zaczyna się naprężać , a Witek jedzie na dół wraz z wielką deską śnieżną...  zatrzymał się. Zawisnął na linie do której był wpięty, a lina zamocowana była do wcześniej założonego stanowiska. W tym momencie podziękowaliśmy sobie w duchu za decyzję o poręczowaniu zbocza. W końcu dotarliśmy do przełęczy na wys. 3,500m npm , a nszym oczom  pierwszy raz ukazał się tego dnia cel naszej dzisiejszej wspinaczki . Schron Carrel na wysokości 3900m npm. Była godz. ok 16-ej. Drogę oceniliśmy na jakieś 3h. I tak po 3,5h o godz. 19,30 po 11h wspinaczki szczęśliwi stanęliśmy przed zasypanymi półtora metrową warstwą śniegu drzwiami do schronu. Niestety nie mieliśmy ze sobą łopaty, która w tym momencie bardzo by się przydała. Korzesytając z menaszek odkopaliśmy drzwi i w końcu znaleźliśmy się w środku.  Zmęczeni ale szczęśliwi zaczęliśmy przygotowywać posiłek tj. topić śnieg na herbatę i kawę, a także do liofiliozantów (żywność górska zalewana wrzątkiem), które mieliśmy ze sobą. Nabrawszy sił po ciepłym posiłku zaczeliśmy planować kolejny dzień. Dzień, w którym nastąpić miał atak szczytowy na Matterhorn granią Lion. Pogoda nie napawała optymizem ale decyzję o atku uzaleniliśmy od wrunków jakie będą panowały rano.  Ze smutkiem na drugi dzień ok 4-ej rano stwierdziliśmy, że znów pada śnieg. Aby wyjść musieliśmy go odkopać , a jak już wyszliśmy to wszechobecna mgła i ciągle padający śnieg nie pozwalał na zobaczenie czegokolwiek. Pozostawało tylko wrócić do ciepłego śpiwora puchowgo i przespać do rana. Czas mijał nawet szybko na gotowaniu, graniu w karty i odkopywaniu ciągle zasypywanych przez śnieg drzwi i robieniu zdjęć. po tzrech dniach spędzonych w schronie i niezmieniających się warunakch pogodowych podjęliśmy decyzję o rezygnacji z wejścia na szcyt Matterhorn 4478m npm i zejściu do namiotu pozostawionego na wys. 2800m npm nad jeziorkiem przy schronisku.  Kolejnego dnia wyruszyliśmy dość wcześnie bo ok. 4-ej. Całą drogę aż do przełęczy pokonywaliśmy zjeżdżając na linie co zajmowało dośc sporo czasu ale w tych warunkach przy bardzo silnym wietrze, ciągle mocno padającym śniegu i mgle było jedynym w miarę bezpiecznym rozwiązaniem. Śniegu było ok 1m więcej niż kilka dni wcześniej jak wchodziliśmy. Znów brodziliśmy prawie po pas w białym puchu. Podobnie jak poprzednio poręczowaliśmy ten sam odcinek drogi. Mgła nie ustępowała i zdając się na wskazania GPS-u podążaliśmy w dół tracąc z godziny na godzinę wysokość. Zewsząd do okoła dochodziły do nszych uszu odgłosy zsuwających się lawin śnieżnych. Były ich dziesiątki. Najlepiej jak umieliśmy poruszaliśmy się w terenie starając się niepotrzebnie nie obciążać stoku co mogłoby spowodować obsunięcie i śniegu, a w konsekwencji sporą lawinę.  Po ok.12h szczęśliwie dotarliśmy do naszej bazy. Trasa, która zajmuje w lecie bez śniegu 5h nam zajęła 12. Masakra.  Po ciepłym posiłku i odpoczynku odbyliśmy naradę efektem, której była decyzja o przetransportowaniu się do miasteczka oddalonego o ok. 100 km  czyli Alagna Valesia położonego u stóp masywu Monte Rosa. Z tamtąd miał się rozpocząć kolejny etap naszej wyprawy alpejskiej. Jak zaplanowaliśmy tak też zrobiliśmy. Na drugi dzień , a szósty naszej wyprawy znależliśmy się po kilku godz. jazdy samochodem i marszu lodowcem na wysokości ok. 4200m npm. w schronie w Ballmenhorn w masywie Monte Rosa. Był to nasz punkt wypadowy do zdobywania kolejnych czerotysięczników. W schronie spotkaliśmy przesympatyczną parę Włochów -Elenę i Daniela, którzy już kończyli działanie w masywie. Wieczór upłynął nam na nauce ich grania w karty, jedzeniu i miłych rozmowach.  Kolejny dzień zaczeliśmy tradycyjnie bardzo wcześnie bo ok. 3.30. Pogoda była przepiękna. Niebo całe jeszcze w gwiazdach zapowiadało słoneczny dzień, a lekki 10-cio stopniowy mróz dawał sansę na szybkie poruszanie się po zamarzniętym śniegu. Nocując na górze ok. 2-3h marszu powyżej schroniska Gnifetti 3646m npm mieliśmy czasową przewagę nad nocującymi tam alpinistami. Fakt ten dawał nam to, że w tym momencie całe Alpy były tylko dla nas, a wschód słońca na takiej wysokości potrzafi być oszałamiający. Dobrze zaaklimatyzowani maszerowaliśmy słysząc tylko chrzęst raków wcinających się w zmrożoną pokrywę śniegu po „nasze” góy. W tym dniu zdobyliśmy 6 czterotysięczników wracająć do schronu późnym popołudniem. W schronie znów miła  niespodzianka. Tym razem naszymi kompanami w biesiadowaniu i noclegu okazali się Hiszpanie. Znów wieczór minął nam na rozmowach, jedzeniu i wspólnym graniu w karty. Po tym wieczorze wzbogaciłem się o kolejne adresy email-owe miłych sympatycznych ludzi, którzy podobnie jak my pracują na codzień, a co jakiś czas uciekają od tego hałasu dnia, ciągłego biegu w ciszę i spokuj  gdzie czas mierzony jest od wschodu do zachodu słońca.  Kolejnym celem naszej wyprawy na dzień jutrzejszy stał się sławetny Lyskam 4527m npm ze swą śnieżnolodową granią. Pogoda nam dopisywała. Zapowiadał się kolejny piękny, mroźny dzień. Z takim nastawieniem ok. 23-ej położyliśmy się spać, by po 5 h wstać. Kjolejny dzień zaczął się jak każdy poprzedni. Najpierw sprawdzenie pogody, później śniadanie, ubranie się i wymarsz. Tak jak dzień wcześniej zamist skrzącego się śniegu błyszczały gwizdy na ciemnym niebie. Drogę oświetlał nam słup światła wydobywającego się z naszych czołówek, a za nami błyszczał lekko księżyc, który za 2h maił ustąpić miejsca na niebie słońcu. Szybko zdobywaliśmy wysokość. Znów góry były tylko „nasze”.  Dziś celem jest Lyskam Wschodni piąta góra Europy pod względem wysokości. Plan zakładał dotarcie na jego szczyt przed wschodem słońca jednak zabrakło nam ok. 1h i słońce przywitaliśmy nieco niżej. Jak zawsze jest jedna z pięknieszyh chwil w górach. Czerwono-różowo-pomarańczowa barwa poprzedzająca słóńce i w końcu ono. Niosące ciepło, poprawiające humor przepiękne słońce. Szczt osiągneliśmy po 4h przyjemnej wspinaczki. Po  obowiązkowych zdjęciach i 30min tam  spędzonych zaczęliśmy schodzenie do miejsca naszego wymarszu czyli schronu Ballmenhorn. Dziś przed nami był jeszcze jeden trudny długi marsz. Po spakowaniu depozytu, który tam zostawiliśmy ok. godz. 11-ej wypuszyliśmy pod ostnią górę którą chcieliśmy zdobyć na tym wyjeżdzie czili drugą pod względem wysokości w Alpach – Duforspitze mierzący 4634m npm. Droga nasza polegała na przemierzeniu całego lodowca kończącego się jęzorem lodowym po stronie szwajcarskiej. Droga była dość trudna bo wymagała od nas kluczenia pomiędzy gęsto rozsianymi szczelinami. Upadek w taką szcelinę mógł spowodować ciężkie obrażenia. Dodatkową trudnością, która potęgowała niebezpieczeństwo o tej godzienie to słońce tak pięknie dzić wszchodzące. Teraz to ono roztapiało mostki śnieżne wiszące nad szczelinami po, których jezszcze dziś rano można było bezpiecznie przechodzić. Teraz śnieg jest mękki, więc musimy bardzo dokłanie dobierać drogę, którą będziemy się poruszać. Mimo obycia w takim terenie marsz w takich warunkach nie należy do najprzyjemniejszych. Szczęśliwie po 6h dotarliśmy do miejsca, z którego zamierzaliśmy atakować „nasz” szczyt.  Namiot rozbiliśmy w istnie bajkowej scenerii na wys. 2900m npm wsród kamienych głazów, a przed nami w pełnej okazałości był Matterhorn, po lwej długa śnieżna grań Lyskam, a po prawej górujący nad okolicą Duforspitz. Dodatkowo 20m obok namiotu spływał strumień powstały z topniejącego śniegu lodowca by parę metrów niżej zmienić się w spadający, rozrzucający swą wodę na boki wodospad. W tkiej scenerii dane nam było spędzić dwa ostatnie alpejski dni, a raczej popołudnia. Atak zapalnowaliśmy na 3 rano więc wstaliśmy odpowiedno wcześniej czyli ok. 2.15. Plecali mieliśmy już przygotowane pozostało nam tylko ciepło się ubrać, zjeść i ... do góry. Dziś mieliśmy do pokonania największe przewyższenie w trakcie całej naszej wyprawy bo było to1700m mierząc w pionie i wrócić później do obozu. Droga długa i męcząca jednk napawała nas radością. Dużą częsć czasu szliśmy szerokim lodowcem by w końcu po 4h wejść na grań wprowadzającą nas na szczyt mierzącą ok 0,5-1m szrokości.  Grań okazała się bardzo przyjemna. Ciesząc oczy otaczającymi nas górami zdobywaliśmy wysokość mając po prawej i lewej stronie przepaście mierzące kilkaset metrów, a naszą drogą była grań marząca ok. 0,5m szerokości. W miarę jak zbliżaliśmy się do szczytu wzmagał się wiatr potęgując uczucie zimna. Znów wróciły na nas ciepłe swetry puchowe i cieplejsze rękawice, które zdjeliśmy rano przy podchodeniu po lodowcu. Szcyt osiągneliśmy ok. 10-ej po 7h wspinaczki. Jak zwykle błysnęło kilka fotek, była ogólna radość ze zdobytego szczytu ale pojawił się też taki lekki  smutek.... bo zdobycie tego szcytu i zejście z niego  oznaczało zakończenie wyprawy.  Do namiotu wróciliśmy po 5h przy załamującej się pododzie. Błękitne niebo zaczęły zasłaniać powli brunatne, śnieżne chmury, które oznaczały tylko jedno. Załamanie pogody. W nocy zaczął już padać deszcz,a na wysokośći pow. 3500m śnieg. Ostani dzień upłyną nam na długim marszu z placakami ważączymi ok. 18kg ze Szwajcarii do Włoch przez lodowiec. Późnym popołudniem delektowaliśmy się smaczną pizzą serwowaną w oryginalnej włoskiej pizzerii.

Podczas tego wyjazdu zdobyliśmy:

1.    Duforspitze        4634m npm

2.    Zumstein – Sp.   4563m npm 

3.    Signalkuppe       4554m npm

4.    Lyskamm           4527m npm

5.    Parrot – Sp.        4436m npm

6.    Ludwigshohe     4341m npm

7.    Corno Nero        4231m npm

8.    Ballmenhorn      4176m npm

9.    Matterhorn ( schron Carrel 3820m npm – wycof po 3 dniach intensywnych opadów śniegu)

10.    Graliśmy w karty (w tym międzynarodowe turnieje w Texas Holdem na makaron z Hiszpanami i Włochami), szukaliśmy prawdziwie włoskiej pizzy przez dobrych kilka godzin (pora sjesty) oraz próbowaliśmy przedostać się przez zatłoczone, włoskie autostrady.. 

z górski pozdrowieniem

  Andrzej Myrta"kudłaty"

www.andrzejmyrta.eu