Drukuj

Grossglockner 2012

kudlaty. Opublikowano w Grossglockner

   

Grossglockner 3798m n.p.m.

                

                

 

 

            …jak zwykle dojazd był długi i męczący. Wyruszyłem prosto po pracy w środę 6.06.2012 korzystając z busa jadącego przez Skarżysko Kamienną, gdzie czekał na mnie już Robert. Szybki przepak do samochodu i gnamy do Żor (śląskie), gdzie czeka Krzychu. Po niespełna 4h już razem z Krzychem gnamy do Jastrzębia, a tam czeka 9 osobowy bus i reszta ekipy, oprócz Beaty, którą mamy zgarnąć we Wiedniu. Do Jastrzębia docieramy ok. 19.30 i tam poznaję resztę naszej grupy wspinaczkowej (zdjęcie wyżej). Jak w zegarku o 20.00 jesteśmy zapakowani i ruszamy na podbój najwyższego szczytu Austrii czyli GROSSGLOCKNER 3798m n.p.m. w iście szampańskich nastrojach. Po 5h jesteśmy we Wiedniu i jedyne wolne miejsce w samochodzie zajmuje Beata. Teraz już będąc w pełnym składzie Piotrek (nasz nieustraszony śląski kierowca „rajdowca”) wpisuje w nawigację nazwę niedużej miejscowości, która jest naszym celem czyli  Kals am Großglockner. Podróż dłuży się niesamowicie. Zaczynają boleć nogi, plecy itd. Nawet browar nie pomaga. Wybawieniem staje się godz. 7.15 w czwartek kiedy to docieramy do celu. Parking u stóp Grossglocknera.  Szybki przepak, dzielenie namiotu, szpeju, jedzenia itd. Liczymy ile czego będzie potrzebne, bo jak wiadomo liczy się każde 100g na plecach. Po godzinie jesteśmy gotowi możemy ruszać. Obok nas parkują jeszcze dwa samochody z Polski. Nasi rodacy przyjechali w tym samym celu z tą tylko różnicą, że zamierzają zdobyć szczyt idąc ferratą, a nie granią tak jak my. Jak się później okazuje tyko jeden zespół wszedł na szczyt pozostałe dwa wycofują się z powodu złej pogody….  Dość ględzenia Ruszamy ;-) …!!!!!!! Droga wiedzie dolinką wzdłuż górskiego potoku powstałego z wody topniejącego lodowca. Pogoda się poprawia, a naszym oczom ukazuje się piękny, ośnieżony, majestatyczny WIELKI DZWONNIK w całej swej krasie…”widok powala na klolana”…  po raz pierwszy też widzimy grań Studlgrat, tę po której mamy zamiar zdobyć Górę. Oczywiście wszyscy   jak jeden mąż sięgamy jak przy-słowiowi Japończycy po aparaty i zaczyna się sesja zdjęć, gdzie tło stanowi Dzwonnik wraz ze swoim mniejszym bratem. Pogoda się poprawia, świeci słońce, a nawet śpiewają ptaki. Coś niesamowitego... być tutaj i mieć tak jeszcze niedawno nieosiągalny cel w zasięgu „ręki”. Mój optymizm i napływające dobre informacje pogodowe z Polski napełniają mnie wielką radością. Szkoda tylko, że nie ma tu całej naszej grupy. Niestety czasem tak jest, że ktoś nie może pojechać, zostawić wszystkiego.. lub też inne okoliczności zmuszają do pozostania w domu. Szkoda. Szutrową drogą dość szybko docieramy do pierwszego schroniska na naszej trasie czyli Lucknerhutte 2241m n.p.m. robimy mały postój i oczywiście z myślą o przyszłym sponsorze „MUSZYNIANCE” pstrykam kilka fotek, z którymi mam zamiar po powrocie do domu zrobić mały filmik reklamowy. Może się uda i będzie sponsor dla wszystkich na MATTA :-) Beatka mówi, że za sobą mamy ¼ drogi do bazy czyli poletka przy schronisku Studlhutte, więc żądni dotarcia do celu ruszamy dalej. Droga szutrowa, którą do tej pory dość szybko się poruszaliśmy zmienia się w krętą górską ścieżkę Nierzadko poprzecinaną  końcami jęzorów lodowca lub też może lepiej to nazwać płatami śnieżnymi. Słońce przypieka niemiłosiernie i wszyscy nacieramy się kremami 50+ blokując w ten sposób możliwość poparzenia skóry.  Na przedzie napiera Jaro razem z Łukaszem jednak szybko okazuje się, że wybrali złą drogę i niestety muszą teraz nadrabiać do nas z powrotem. Rześko i wesoło o godz. 13.15 docieramy do naszego dzisiejszego celu schroniska Studlhutte na wysokości 2801m n.p.m. Czas na obiad. Wraz z Krzychem rozkładam namiot, a w tym czasie Robert ma upichcić obiad. Podobne zadanie ma Witek razem z synem Arkiem, którzy także zajęli się rozbiciem namiotu. Decydujemy biwakować na deskach przy schronisku i okazuje się, że pozostawienie szpilek do namiotu w samo-chodzie jako zbędnego balastu nie było dobrym pomysłem, ale że Polak potrafi znajdujemy jakieś inne rozwiązania i po 20 minutach namiot stoi w pełnej swej okazałości (oby nie padało). Po cieplutkim obiadku czas na kawusię hmmm, napój bez którego może i mógłbym się obyć ale po co skoro jest i smakuje wyśmienicie. Pełen chęci szukam w swoim „burdeliku” tej jedynej, niepowtarzalnej, smacznej kawusi i …! Nie ma! teraz sobie przypomniałem. Została na stole. Łech…. Widząc mą minę Jaro podążył z odsieczą i… coś niesamowitego wy-ciąga z plecaka mały włoski ekspresik do parzenia kawy. MOJA ULUBIONA. BĘDĘ ŻYŁ !!!!  (ps miał też kawę) Cały czas humory dopisują więc postanawiamy przy tak pięknej pogodzie zrobić mały rekonesans przed jutrzej-szym atakiem szczytowym. Idziemy w kierunku grani. Po 45 min postana-wiamy zakończyć podchodzenie pod górkę i dla przypomnienia, a także i dla zabawy postanawiamy znaleźć ofiarę, którą spuścimy do szczeliny, a później ją wyciągniemy za pomocą zbudowanej wyciągarki. O ile z ofiarą nie było problemu (sam się zgłosiłem, lepsze to niż by oni mieli mnie wytypować hihihhi) to chętnych do robienia wyciągarki nie było. W wyniku jawno-tajnego uzgodnienia wyciągarkę ma zrobić Arek (był na kursie skałkowym dwa tygodnie wcześniej… mam nadzieję, że słuchał Maćka ) . Jak się okazało całkiem nieźle sobie radził, gdyż do budowania wyciągu włączyła się cała grupa i nie minęło 60 minut i byłem uratowany. HURA to już drugi raz w ciągu dnia. Najpierw kawa teraz niezły wyciąg… Truchtem wracamy do namiotów, a po drodze robię kilka fotek różnym formacjom kwiatów górskich. Są niesamowite. Przy namiotach jesteś-my ok. 19-ej, jeszcze kolacja i o 20.00 leżę w ciepłym śpiworku (komfort +10°C). Jutro dzień na, który od dość dawna czekałem. Najpierw grań, a później szczyt i podobno najtrudniejsza część - powrót. Ale to zostawiam już na jutro. Nie zaprzątam sobie tym teraz głowy. Zamykam oczy i po kilku przebudzeniach w ciągu nocy wstaję o 3 rano. Parę minut wcześniej słyszałem przechodzących obok Polaków, którzy także dziś atakują szczyt. Podrywam się, a wraz zemną Krzychu i Robert. Beatka jeszcze leży… dochodzi do siebie . Z sąsiedniego namiotu słyszę docierające głosy szykujących się Witka i Arka. Już się krzątają mimo tego, że na grań wchodzą jako ostatni zespół. Przede mną chwila prawdy co do pogody maiło być ładniej niż wczoraj, a wczoraj było bardzo ładnie. Wystawiam głowę z namiotu i… wielka PIŹDZIAWA !!!!! Mgła siadła taka, że nie widać końca stołu. Nic to. Co to taka mgła skoro powyżej 3300m ma być ładnie hehehe. Znów optymizm bierze górę. Zresztą u wszystkich. Jesteśmy już spakowani, herbata ze stopionego śniegu zrobiona jeszcze tylko śniadanko, a na nie liofile. Hmm pychota. Wołowinka grillowana z makaronem i przyprawami. Palce lizać. Wg Krzycha dostarczy to nam energii na cały dzień wspinaczki. Zjadam więc całą porcję bo tak jak mówi nieobecna Natalka „ w górach jeść i pić trzeba choćby się nie chciało”.  Mija godz. 4.00. Razem  z Robertem ruszamy. Na głowach błyszczą niczym gwiazdy nasze czołówki, a przed nami przygoda!!! W obozie pozostał jeszcze Krzyś z Beatą i Jaro z Łukaszem. Jakoś wolniej idzie im wymarsz. Mocno przed nami ruszył Witek z synem jakieś 15-20 min. z uwagi na wcześniejsze informacje od Arka, iż trekking idzie mu znacznie wolniej niż nam wszystkim, dlatego też wyruszają wcześniej by nie opóźniać grupy. Po ok. 25 minutach mijamy naszą wesołą rodzinkę i ciągniemy dalej ku grani. Pogoda chwilami się poprawia. Pojawiają się „dziury we mgle”  i w tedy możemy dostrzec, kilka małych świecących punkcików tzn, że reszta naszej ekipy też już wystartowała i za chwilę wszyscy spotkamy się pod graną. Jest zimno, a per-spektywa czekania na grupę nie ruszając się, tylko dreptając w miejscu nie napawa opty-mizmem. Zwalniamy kroku przechodząc do tzw tępa ślimaczego. Ale przynajmniej jest ciepło.  Po prawej stronie pojawia się początek grani, a za nami słychać już cichutkie głosy naszej dzielnej drużyny. Idziemy dalej szukając wejścia na grań. Po chwili w kieszeni odzywa się telefon. Dzwoni Witek z informacją, iż Oni już wchodzą na grań nie chcąc w tych warunkach przegapić dogodnego wejścia wyżej. Po chwili skręcamy w prawo decydując się także na wcześniejsze wejście. Śnieg lodowca pozostaje za nami, a zaczyna się to po co tu przyjechaliśmy. Dotykam skały, głaszczę ją. Tak to jest to. Lekkie ukucie w sercu i… są już wszyscy, a w myślach mówię do DZONNIKA, że dla niego tu przyjechałem. Docieramy do pierwszego ringu. Z uwagi na to, że warunki są kiepskie decydujemy się na pierwszy wyciąg. Zespół prowadzący tworzy Krzyś z Beatą, zaraz za nimi ruszam ja razem z Robertem, za nami Jaro z Łukaszem, a grupę zamykają Witek z Arkiem. Po chwili we mgle znika Beata, która ten wyciąg idzie jako druga. Czas na mnie. Robert potwierdza. Mogę IŚĆ. Wielka radość w mym serduchu. To nowy etap w mej górskiej przygodzie. Dość sprawnie poradziłem sobie z odległością ok. 30m  terenie  dwójkowym  hehehe i buduję stanowisko. Dokładnie tak jak uczył Maciek. Mam do dyspozycji jednego ringa więc rozglądam się za szczeliną w skale, odgarniam śnieg i jest. Ląduje w niej świeżo zakupiony friend „1”. Mam dwa punkty. Reszta idzie jak w zegarku i szarpiąc linę daję znać Robertowi ( 3 pociągnięcia liny), że mam auto i chcę ściągać linę. Odpowiada podwójnym szarpnięciem. Wpięty do ściany ściągam powoli linę, którą układam na kolanach. Wiatr smaga po twarzy wzbijając w powietrze kryształki lodu powodując delikatne ukucia. Nic to. Jest cudnie. Widzę napierającego Roberta w moim kierunku. Już jest. Zamieniamy kilka słów, w międzyczasie przekładając cały szpej spowrotem do mojej szpejarki. Przemy dalej. Robię kolejny wyciąg, a po nim, ..., kolejny. Teren lekko się „wypłaszcza” lub też niewidać jakiś dużych trudności. Po rozmowie z Robertem decyduję, że idziemy na lotnej z dystansem ok. 20m. Jak się później okazało była to dobra decyzja. Bardzo szybko zyskujemy wysokość. Dla bezpieczeństwa zarzucam czasem w bardziej eksponowanym miejscu taśmę na kamień, wpinam do niej ekspres, a do niego linę. Dochodzi 7.45. Teren się zmienia. Robi się bardziej stromy. Likwidujemy lotną i znów ciągnę wyciąg. Aura nas nie rozpieszcza. Cały czas mgła uniemożliwiająca kontakt wzrokowy z grupą,  a do tego ten gwiżdżący wokół na wiatr. Szkoda sił na próby głosowe. Wszyscy mamy się spotkać pod żółtą tabliczką, która ukazuję się naszym oczom za godzinę. Chwilę przed nami dociera do niej pierwszy zespół. Krzychu klaruje linę, a Beata ubiera raki. Jesteśmy przy osławionej żółtej tabliczce, a na niej informacja:  „ Fruhstucksplatz 3550m. If it took you more than 3 hours to get here turn back! You life depends on it… “ Jest 8.47. Liczymy, liczymy  i jak nic wychodzi 4h i 47min od wyjścia. Oczywiście IDZIEMY da-lej. Porządkując szpej rozmawiamy  z ekipą prowadzącą. Powoli Docie-rają do nas odgłosy trzeciego zes-połu. Wszyscy zakładamy raki, gdyż podejście jest mocno oblodzone. Przy tych wszystkich przepakach Jarkowi odpina się kask i … niestety przechodzi do historii, a my zaczynamy używać formy przeszłej czyli Jaro miał kask. A taki był ładny. Teraz się z tego śmiejemy ale w tedy nie było nam do śmiechu. Kolejną stratą, o której donosi Beatka to jej reverso. Będzie teraz asekurować z półwyblinki. Jeszcze kilka takich rzeczy i ktoś będzie miał całkiem niezły sprzęt.  Jedynka gotowa. Poszli, a za nimi zaraz my. Wyciąg za wyciągiem, a pogoda nie napawa optymizmem. Wręcz odwrotnie. Jest coraz gorzej. Mocniej wieje, mgła coraz to gęstsza, a igły ze zmrożonego śniegu kują nieubła-galnie w twarz powodując jej grymasy. Robię jak się da 40-50m wyciągi aby zyskiwać jak najszybciej wysokość, a i też ściągania liny jest mniej. Ok. południa przejaśnia się i przez pięć minut możemy podziwić piękno otaczających nas gór. To był jedyny moment w tym dniu kiedy to mogliśmy napawać się pięknem tego miejsca przy świecącym słońcu. Nawet pomyślałem sobie, że znaleźliśmy się tak jakby w „ oku cyklonu” (oczywiście nie na taką skalę) tam też jest zawsze cicho i słonecznie. Po 5 minutach powraca mordor. Mam po woli dość tego wiatru. Okulary zaparowały tak, że nie mogę ich używać. Przymykam oczy i czekam na „poprawę” tzn zelżenie wiatru, który chyba się sprzysiągł z igłami lodu, że nie wpuszczą nas na szczyt. Głębszy oddech i idę. Po drodze wieszam taśmy, osadzam kości i friendy. Cieszę się, że mi to wychodzi bo to mój pierwszy raz nie licząc skałek, gdzie Krzychu udzielał mi instruktażu jak to robić. Dochodzi trzecia, a szczytu nie widać. Nie widać bo ciągle wisi ta CHOLERNA, gęsta mgła przez, którą NIC nie widać. Ciągnę kolejny wyciąg mając kolejną nadzieję, że to ostatni. Skały zastąpił śnieg. Raki pięknie się w nim zagłębiają więc napieram do góry. Podnoszę głowę i JEST.  Krzyczę do Roberta „jest krzyż”. Ostatni głęboki oddech i już jestem. Robię wpinę w napięte kolucho łańcucha podtrzymującego krzyż górujący nad całą austryjacką częścią Alp. Są uściski z Krzychem i Beatką i przybite piątki. Ściągam Roberta i po chwili też już jest. Powtarzam te same czynności z Robertem co przed chwilą ciesząc się ze zdobytej w tak trudnych warunkach góry. Jest godz.15.14. Jede-naście godzin od wyjścia mamy zdobyty szczyt.. Robimy fotki, oczywiście obowiązkowo dla sponsora także z banerem. W końcu mamy świetne swetry puchowe gratis. Mimo silnego wiatru, gęstej mokrej mgły, japy mamy uśmiechnięte, a w rozmowach wspominamy naszych przyjaciół, którzy nie mogli razem z nami tu przyjechać. Różne myśli przelatują w głowie. Krótka modlitwa w myślach i nie czekając na pozostałe 2 zespoły schodzimy. Aby tylko nie dać ponieść się emocjom i z rozwagą to robić. Aura nam tego nie ułatwia. Oczywiście jest prościej, bo z i górki ale mgła ogranicza widoczność więc nie wiem na ile mogę sobie pozwolić. Spuszczam Roberta na półwyblince na 25-30 metrów, a sam owijam linę wokół ciała i w dół. Tym sposobem bardzo szybko tracimy wysokość. Doganiamy Krzycha z Beatą. Powoli kończą się zjazdy i ścieżką wyznaczoną przez wcześniejsze zespoły napieramy do schroniska, a raczej do schronu zimowego przy schronisku Johannhutte 3450m. n.p.m.. Do schronu docieramy dość szybko, a tam Beatka ogrzewa już pod kocem zmarznięte stopy. Ma kompletnie przemoczone buty. Siedzimy tam popijając ciepłą herbatkę. Po jakiejś godzinie docierają do nas Witek z Arkiem i razem ruszamy w kierunku namiotów schodząc fragmentem ferraty. Poleciałem pierwszy czekając na resztę już na lodowcu. Witek z synem opóźniają się z zejściem ferratą. Mówię reszcie grupy, że zaczekam na rodzinkę, a oni niech idą gotować herbatę. Krzyś lekko oponuje ale w końcu go przekonuję i po chwili znikają we mgle. Po jakichś 10 min pojawiają się dzielni chłopcy i w dalszą wędrówkę wyruszamy we trójkę. Po drodze zaliczamy tradycyjny w pełni kontrolowany dupozjazd i w tym momencie przypomina mi się Marmolada i tamten szus… ileż tam było zabawy… Niestety ten zjazd był sporo krótszy i po ok. 100m wracamy do pozycji pionowej, dzielnie maszerując w kierunku naszej bazy. Po drodze mijamy urokliwy strumień wypływający wprost z pod czaszy lodowca. Idealne miejsce na wieczorną kąpiel rzucam do Witka, ale ten traktuje to tylko uśmiechem… Po paru minutach docieramy do naszej bazy namiotowej. Jest godz. 21.15 jesteśmy w punkcie wyjścia po 17h i 15 minutach akcji górskiej. Trzy godziny dłużej niż planowaliśmy. O 22-iej wszyscy już leżą w namiotach, a mnie jeszcze nosi. Kusi mnie ta orzeźwiająca kąpiel w strumieniu. Biorę ręcznik i resztę rzeczy potrzebnych plus świeże ciuchy. Po 20 minutach jestem świeżutki i pachnący.  Mogę wracać do namiotu. Jeszcze daję sobie chwilę  przy zgaszonej czołówce by myślami powrócić do minionego dnia. Na darmo wypatruję  księżyca i gwiazd co jaśnieją na niebie w tym samym czasie w Polsce. Ta chwila zmienia się 30 minutową zadumę po której kieruję się w stronę namiotu.  O 3.30 budzą nas potężne wyładowania atmosferyczne i lekkie oberwanie chmury. Po godzinie Beatka zaczyna odczuwać lekką poranną mżawkę na swej twarzy. Tropik przykleił się do materiału namiotu i zaczął lekko siąknąć.  Ok. 6-ej rozpoczyna się gradobicie. Mamy dość. Na szczęście deszcz przestał padać i dało się zwinąć mokre namioty. W między czasie przygotowuję sobie płatki na mleku i piję kawusię. Ok. 12-ej jesteśmy w Kals. Jeszcze tylko uroczysty obiad poprzedzony kąpielą w iście królewskich warunkach choć nie tak wspaniałych jak te wczorajsze. Obiadek pychota za całe 13,5 eurusków.  O 23-ej wysadzamy Beatkę we Wiedniu przy jej mieszkaniu, a my gnamy dalej. O 2-iej jesteśmy w Żorach. Żegnamy się ze wszystkimi, a ja z Robertem zahaczam jeszcze godzinną wizytę u Krzycha w mieszkaniu. Tradycyjnie kopiujemy zdjęcia, pijemy kawusię i  o 3-ej wyruszamy na ostatni etap podróży. Droga mija szybko i o siódmej rano jestem pod blokiem  w Radomiu. Przybijam piątkę z Robertem i wracam do „normalnego” życia…. Za pół godziny sms-uję z Robertem. Jest już w domu. To znaczy, że wszyscy wróciliśmy bezpiecznie… 

 

aby nie zapomnieć "kudłaty"