Drukuj

Matterhorn

kudlaty. Opublikowano w Matterhorn

 

MATTERHORN 2012 

czyli  „długo ale mega bezpiecznie” 

                 

 

              … już w sierpniu 2011 roku na szczycie Signalkuppe 4554m npm siedziałem wpatrzony jak w obrazek , w coś nieosiągalnego czym w tamtej chwili był szczyt Matterhornu 4478m npm.  W tedy to  powiedziałem sobie „ tam muszę wejść!”  

Matterhorn to góra owiana tragiczną sławą. Co roku zbiera swą daninę w postaci istnień ludzkich  w zamian za pozwolenie wejścia innym na jej szczyt. Tak też było z czterema z siedmiu jej pierwszych zdobywców. Nie dane im było powrócić szczęśliwie do swych domów tak jak i ponad 500 set innym śmiałkom na przestrzeni 140 ostatnich lat chcącym zdobyć jej szczyt.  

„ Po wielu latach prób podejmowanych przez różnych śmiałków, 14 lipca 1865 roku mieszkańcy  Zermatt, Riffel i Valtournanhe ujrzeli na szczycie Matterhornu powiewającą flagę (w rzeczywistości była to koszula zatknięta na kiju od namiotu), oznaczającą zwycięstwo. Tego dnia na szczycie stanęli:

•    Edward Whymper - (25 lat) jeden z najwybitniejszych alpinistów brytyjskich, który w Alpy przyjechał po raz pierwszy w 1860 aby wykonać szkice zamówione przez wydawnictwo Longmana.

 •    Michel Croz (1830-1865) wybitny przewodnik alpejski z Chamonix.

 •    Lord Francis Douglas (18 lat) syn margrabiego Queensberry.

 •    Charles Hudson (37 lat) pastor w Skillington, a ponadto bardzo doświadczony alpinista.

 •    D. Hadow (19 lat), o którym niewiele wiadomo poza tym, że był to jego pierwszy sezon wspinania.

 •    Peter Taugwalder ojciec (1820-1888) wybitny szwajcarski przewodnik alpejski.

 •    Peter Taugwalder syn (22 lata) - również przewodnik”

"Stok złagodniał, w końcu mogliśmy się oddzielić i wraz z Crozem popędziliśmy na wyścigi łeb w łeb, kończąc drogę śmiertelnie zgrzani. O 13.40 świat był u naszych stóp, a Matterhorn został pokonany. Powietrze było idealnie nieruchome i wolne od wszelkich chmur i mgieł. Góry odległe o 150 kilometrów rysowały się wyraźnie i zdawały się być blisko. Alpy Nadmorskie w odległości 200 kilometrów były wolne od mgły. 3000 metrów pod nami rozciągały się zielone pola Zermatt, usiane chatami, z których leniwie wznosiły się błękitne dymy".  Edward Whymper Ze szczytu powrócili jedynie Whymper i Taugwalderowie. Pozostali czterej wspinacze zginęli w czasie zejścia, spadając na lodowiec z wysokości około 1200 metrów. Przyczyną było pęknięcie liny po między 4 a 5-ym schodzącym alipnistą.  Muzeum Zermatt Fragment urwanej liny Pierwszych Zdobywców.  

     Sobota 25.08.20212 Jest nas czerech. Każdy z innego miasta Polski. Połączyły nas góry i tu tworzymy drużynę, która za cel postawiła sobie zdobycie góry Matterhorn 4478m npm.   Zespół  1.    Andrzej Myrta (Radom) ,       Robert Stachyra (Skarżysko Kamienna ) Zespół  2.    Krzysztof  Jarczyk ( Żory),    Łukasz Łagożny (Sanok).  

                         

   Po trwającej blisko 22godziny podróży o 14.05 zajeżdżamy na parking, w Tasch tuż przy kolejce szynowej do Zermatt. Zeramtt jest miejscowością, w której zabroniony jest ruch dla pojazdów z napędem spalinowym. Zakaz ten oczywiście nie obowiązuje mieszkańców i firm, które mają podpisane umowy z miastem. My korzystając z parkingu w Tasch automatycznie dostajemy zniżkę 2CHF od jego właściciela na przejazd jego busem do miasteczka. Parking 7CHF/doba + 13CHF za busa/ osoba /dwie strony.  Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Przejechaliśmy ok. 1700km zaczynając podróż zaraz po pracy w piątek. Nic to.  Czas nagli. Jeszcze dziś  chcemy rozbić namiot gdzieś nad Zermattem, więc szybko robimy obiad podgrzewając przywiezione z Polski pulpety w słoikach i przegryzając bułkami.  Do tej kolebki alpinizmu  docieramy ok. 15-ej i za 3,20CHF podjeżdżamy do Vinkelmatten elektrobusem. Z niedowierzaniem patrzę jak dość długi autobusik przeciska się przez kręte, wąskie uliczki  miasteczka. Kierowca sprawia wrażenie człowieka mającego czas  na wszy-stko, raz za razem zatrzymując się widząc swego znajomego i zamieniając kilka ciepłych słów. Po 20 min. 30 kg plecaki znów lądują na naszych plecach i zaczyna się mozolna wędrówka pod górę.  Teoretycznie moglibyśmy zaoszczędzić sobie podchodzenia  do schroniska Schwarzsee 2583m npm  i wjechać kolejką ale wyjazd ten ma być ekonomiczny. Za dużo pieniędzy zostało wydane na sprzęt więc idziemy z buta. Po ok. 30 min. docieramy do malutkiej urokliwej „osady” pasterskiej, w której szerokim uśmiechem i podaniem dłoni wita mnie gospodarz tutejszej „karczmy”. Po kilku pytaniach o drogę wyjaśnia nam jak dalej iść kierując nas na szlak koloru czerwonego dodatkowo informuje nas o pogodzie na następne 2 dni sugerując atak na szczyt w poniedziałek, gdyż w tedy ma być najładniejsza pogoda. Z uśmiechem

   ruszamy dalej. Mijając kilka domów napotykamy małą, piękną kapliczkę w samym środku tej wioseczki. Tuż za nią czerwony szlak namalowany na kamieniu prowadzi nas w sam środek szwajcarskiej dolinki, a Krzyś przypomina o oznaczanym czerwonym kolorem szlaku w Tatrach czyli Orlej Perci i Głównym Szlaku Beskidzkim ciągnącym się przez 519 km od Bieszczad aż po Beskid Śląski. Wspomnienia wracają od razu do głowy, gdyż nie tak dawno tam się -było…. Gwarnie ruszamy pod górkę żegnając się z naszym nowym znajomym, z którym jeszcze raz przyjdzie nam się spotkać za parę dni. Ciągnąc w górę rozglądamy się szukając dobrej miejscówki na dzisiejszy biwak. Tym bardziej czas nagli bo zaczyna kropić deszcz.  Po ok. 1h Krzysiek znajduje miejscówkę all inclusive . Jest płaska z bieżącą wodą i kibelkiem z widokiem na las… po prostu wypas…  dość szybko rozkładamy namiot, a jedzenie (liofy) gotujemy już w przedsionku. Deszcz, który jeszcze przed chwilą był małą mgiełką teraz jest już bardzo obfity. Dość szybko zasypiamy. Podróż z Polski dała nam się we znaki.  Jest niedziela 26 sierpnia ok. godz. 7-ej.  Wszyscy jesteśmy już na nogach i nawet namiot mamy zwinięty. Dziś waży trochę więcej jest po prostu mokry po nocnym deszczu. Wszyscy gotowi więc żwawo ruszamy czerwonym szlakiem biegnącym wzdłuż kolejki górskiej w kierunku schroniska Schwarzsee. Jest dość ostro. Po wyjściu z lasu naotwartą przestrzeń ukazuję się naszym oczom MATTERHORN, ale w 90 % schowany w porannej podeszczowej mgle. Jest jak panienka, która okrywa się swym welonem przed wzrokiem swego ulubieńca. Nic to. Jeszcze przyjdzie czas na niego. Mimo wszystko mgła dostarcza niesa-mowitej scenerii do robienia zdjęć odsłaniając tylko niektóre wierzchołki  alpejskie. Ok. 11-ej docieramy do pierwszego naszego dzisiejszego celu jakom jest schronisko Schwarzsee na wysokości 2583m npm. Kolejnym przystankiem ma być schronisko Hornlihutte płożone na wys. 3260m npm, a tuż za nim w odległości ok. 250m przygotowane platformy biwakowe na kamiennym zboczu.  Po krótkim odpoczynku ruszamy w dalsza naszą wędrówkę. Droga wiedzie krętymi zakosami omijając trudniejsze odcinki skalne. Cały czas pod górę, a na naszych plecach po 30kg całego naszego dobytku. Jest ciężko, słońce rozprószyło resztki mgły, która w tym przypadku była naszym sprzymierzeńcem w tej walce z górą zasłaniając słońce i w ten sposób ofiarując nam kawałek cienia. Ale niema tego co  by na dobre nie wyszło. Naszym oczom ukazuje się w całej swej krasie Matterhorn. Jest wielki, majestatyczny, bardzo masywny, wysoki i… do zdobycia… ale jutro. Tak. Jutro mamy mieć dobrą pogodę więc planujemy  atak, a na razie przemy ku platformom biwakowym ostro pod górę. Cały czas towarzyszy nam szlak koloru czerwonego. Po godz. 13.30 docieramy do schroniska Hornlihutte 3260m npm. Z naszych pleców rzucamy ciężkie plecaki i rozsiadając się na drewnianych ławach z zachwytem wpatrujemy  się w masywną grań tej skalnej piramidy. Żadne zdjęcia nie oddadzą majestatu jakim emanuje ta góra. Ostra grań Hornli (ta , którą będziemy szli)  i pola śnieżne pod szczytem, a przy tym piękna pogoda. Cóż można chcieć więcej w tej chwili. No może zimny browar za 7CHF. Szczyt luksusu. Na wprost Góry rozciąga się największy masyw alpejski jakim jest Monte Rosa. To tam byliśmy rok temu zdobywając nasze pierwsze czterotysięczniki, sprawdzając na własnych organizmach co to jest choroba wysokościowa… Powoli ruszamy do naszego obozowiska. Wybraliśmy odpowiednią platformę i znów rozkładamy namiot. Zaskoczeni lekko jesteśmy, gdyż w pobliżu nie ma opisywanego w innych relacjach źródełka wypływającego z topniejącego lodowca, a i śniegu też jakoś niewiele. Razem z Krzychem ru-szam na poszukiwania grubszych połaci by zdobyć czysty śnieg i przetopić go na wodę. Wracamy po ok. 40min z całą płachtą świeżutkiego śniegu. Teraz to już tylko obiadek, kawusia, a potem kolacja   i spać. Rano ruszamy. O godz. 20.30 wszyscy jesteśmy w śpiworach i układamy się do snu. Słychać jak na zewnątrz powiewa wiatr lekko poruszając tropikiem naszego letniego namiotu. Ta błoga chwila niestety nie trwałą długo. Już po 21-ej wiatr wzmógł się do takiego stopnia, że niemożliwością była sama próba uśnięcia. Na siedząco z czołówkami na głowach patrzyliśmy co on wyprawiał z naszym namiotem gnąc go we wszystkie możliwe strony. Jest północ. I jest jeszcze gorzej. 

   

Wieje. Mamy zerwaną tylną część tropiku. Ubieram się i wychodzę. Na powitanie silny podmuch powala mnie z nóg i widzę gwiazdy. Tak całe niebo usiane gwiazdami. Dobrze, że wiozłem kask, na którym mam przymocowaną czołówkę, bo nieźle przyłoiłem o glebę. Zniszczenia nie okazały się duże. Pourywane 3 gumki mocujące tropik do podłoża. Zastępuje je repami i przymocowuję do okalających namiot kamieni. Dodatkowo gdzieniegdzie przykładam tropik kamieniem w celu wzmocnienia. Wracam do namiotu. O śnie niema mowy. Jest 2.00. Wiatr ustaje. Cisza !!! niewyobrażalna cisza, która zrobiła się w ciągu 2 minut. Zasypiamy.  3.30 poniedziałek 27.08.2012    Po pełnym wypoczynku (hehe) półtora godzinnym śnie wstajemy by dziś atakować szczyt. Miny mamy nietęgie. Przecież mieliśmy wypocząć tej nocy, a przespaliśmy cholera 1.5h. Góra pokazała, że nie będzie lekko. Podobno nie wieje na niej tylko kilka dni w roku. Łech.  O 4.30 jesteśmy gotowi do wyjścia. Ze schroniska ruszają pierwsi przewodnicy z klientami. Pod ścianą jesteśmy o 4.50.  Zaczynamy. Przed nami dość wysoko widać sznurek ruszających się światełek, to pojawiających się i zaraz znikających za załamaniem skały.  Wspina nam się dobrze. Jest ciepło ok. -7°C. po ok. godzinie wszystkie czołówki przed nami zniknęły, a ja zorientowałem, się że idziemy złą drogą. Zamiast terenu ze skalą trudności 2 jesteśmy w terenie o skali 5. Zamiast iść spokojnie zakładamy stanowisko i prowadzę pierwszy wyciąg ok. 20m. W zespole idę razem z Robertem. Teraz mnie asekuruje ze stanowiska. Plan był taki, że idziemy na lotnej zakładając tylko w trudniejszych, bardziej eksponowanych miejscach przeloty bez zakładania stanowisk. Ale plan nic nie mówił o myleniu drogi. Ok. pierwszy wyciąg za nami. jak się później okaże zrobimy jeszcze jeden w podobnej sytuacji. Jest już jasno. Nagle z góry słychać donośny krzyk w języku angielskim: „ rock” wszyscy przykle-jamy się do skały. Kamienie tylko świsnęły obok nas. Wszystko ok. nikt nie dostał ale musimy uważać. Jak się później okazało musiałem w tedy uderzyć telefonem komórkowym, który miałem w kieszeni o skałę bo pękł i wylał mi się wyświetlacz. Dobrze, że działa a najważniejsze numery mam  w głowie. Księżyc ustąpił w raz z gwiazdami nieba słońcu. Mocno oświetlony lampami Zermatt zaczyna przygasać i rozpoczyna się piękna gra kolorów wschodzącego słońca. Chwila przerwy na zdjęcia i przemy do góry. Kamyk za kamykiem stopień za stopniem. Nasz drugi zespół Krzychu z Łukaszem jest cały czas w zasięgu wzroku. Spotykamy się na wysokości 4003m npm przy schronie awaryjnym SOLVAY. Mieli podobne trudności z odnajdywaniem drogi jak i my. Robimy 30 minutową przerwę, po której ruszamy do góry. Wspina się wyśmienicie. Jesteśmy świetnie przygotowani kondycyjnie i technicznie. To jest to na co tyle czekaliśmy. Opłaciły się długie tygodnie przygotowań, czytania różnych relacji, przeglądania zdjęć. Teren technicznie nie jest trudny ale mocno eksponowany. Przechodzimy nad 1000m przepa-ściami. Mimo łatwego terenu musimy być cały czas skoncentrowani. Jest godz ok. 12-ej. Pierwsi przewodnicy z klientami mijają nas już w drodze powrotnej, a my idziemy na nasz szczyt. Po ok. godzinie zrobiło się dość ślisko, więc robimy przerwę na założenie raków. Najpierw ubrałem prawego i podnosząc nogę do góry zahaczyłem lewego. Widziałem go jeszcze tylko przez 2 może 3 sekundy jak swobodnie leciał w 1000m przepaść. Zostałem z jednym rakiem. Stanąłem jak wryty. Pomyślałem. Nie teraz. To nie możliwe. Nie jak już jestem prawie u szczytu. Nie mogłem w to uwierzyć… Trudno.  Chwila zastano-wienia i mówię do Roberta, że idziemy dalej. Jeśli nie dam rady to zrobią zespół trójkowy i pójdą dalej, a ja zaczekam i jak będą schodzić to wezmę od nich raki i pójdę dalej… Prowadząc wybieram miksową drogę stawiając buta na kamieniach, a czekan mocno wbijam w lód. O dziwo jesteśmy bardzo szybkim zespołem. Droga, którą wybierałem była sporo łatwiejsza i szybsza od tej lodowej, po, której szły inne zespoły. Po 1.5 godzinnej wspinaczce moim oczom ukazała się postawiona tuż pod szczytem szwajcarskim figurka, św. Bernarda.  Patrona wszystkich alpinistów. Dokładnie o godz.14.58 wraz z Robertem zdobywamy szczyt Matterhornu. 4478m npm. Po 5 minutach dołączają do nas Krzyś wraz z Łukaszem. Jesteśmy w komplecie. Gratulacje z uśmiechami na twarzach smaganych narastającym wiatrem wyda-wałoby się nie mają końca. Robimy jeszcze wspólne zdjęcia, a dodatkowo zdjęcia z banerami sponsorów. Bo to w dużej mierze dzięki ich ofiarności finansowej tu jesteśmy. Wiatr z każdą chwilą narasta. Czas schodzić.  Droga jest śliska. Jesteśmy już zmęczeni, więc decydujemy się na robienie bezpiecznych stanowisk zjazdowych. Kończymy na dziś przygodę z lotną asekuracją. Bardzo powoli (także ze względu na blokujące nas wolniejsze zespoły) schodzimy do schronu SOLVAY na 4003m. Jest 21.50. z czołówkami robimy ostatnie zjazdy. Dziś nocleg na tej wysokości. Chłopaki pakują się do środka szukając w przepełnionym sześcioosobowym pokoiku (schronie) miejsca dla siebie. Ja rezygnuję i wraz z miłym Hiszpanem nocuję na zewnątrz. Śpiwory mamy ciepłe, a noc nie zapowiada się na bar-dzo zimną. Była gwiaździsta, a księżyc oświetlał swym nocnym blaskiem cały masyw Monte Rosa. Jak ja się cieszę, że śpię na zewnątrz! Jest ok. -10°C, a mi tak cieplutko w nowym śpiworku puchowym. Nawet nie wiem kiedy zasypiam, a budzę się dopiero ok. 5.30. O 6.20 docierają pierwsi przewodnicy z dołu wraz z klientami. Mają niesamowite tempo, a klienci jęzory na brodach. Cóż można i tak. Chłopaki jak zombi wychodzą ok. 7.30 ze schronu. Nie spali prawie w ogóle w nocy. Nocowało tam ok. 20 osób więc tlenu nie było tam prawie w cale. Cóż proponowałem im nocleg na zewnątrz… Postawiamy, że na śniadanie zjemy po batonie energetycznym i ruszamy do obozu. Idzie się rewelacyjnie. Szybko i bezpiecznie.  O 11-ej stoimy bezpiecznie pod ścianą z pod, której wyruszaliśmy ponad dobę wcześniej. Wróciliśmy bezpiecznie.  W namiocie zjadamy obiad i ok. 14-ej zwijamy obóz udając się w kierunku Zermatt. W schronisku Schwarzsee „ w cieniu” Matterhornu zamawiamy po piwie i delektując się nim wpatrujemy się w grań, po której szliśmy.  Jeszcze te-go samego dnia dochodzimy od miejsca, w którym biwakowaliśmy po przyjeździe z Polski i tam też rozbijamy namiot. Wieczorem odwiedzamy skąpany w nocnych światłach Zermatt. Z początku miasteczko wydaje się na wymarłe, ale po kilku minutach dostrzegamy kilka spacerujących osób. Mówię do chłopaków, że to niemożliwe, aby o godz. 21.30 nikogo nie było na ulicach tak turystycznego miejsca, że gdzieś muszą być „Krupówki”, a najszybciej obok muzeum. Idąc dalej znajdujemy podświetlony plan miasta, a na nim muzeum. Droga była prosta, a w miarę zbliżania się do placu przy muzeum miasteczko ożywało. Pojawili się ludzie i każdym krokiem coraz to więcej. Po ok. 20 min. znaleźliśmy „Krupówki” i mnóstwo sklepów z górskim szpejem. Przy każdej sklepowej witrynie wydajemy z siebie same ochy i achy… to by się przydało, a to wymieniło. Jedyna blokadą są cyfry widniejące przy tym sprzęcie. Prawie identyczne jak w Polsce różnią się tylko tym, że zamiast PLN jest CHF. Brrr . Po tym wszystkim jedynym ratunkiem, aby to przegryźć jest browar, który pijemy we włoskiej knajpie przy deptaku. Powoli ruszamy do naszego namiotu. Z chwilą opuszczenia oświetlonego deptaku Zermattu na niebie zaczynają rozbłyskiwać tysiące gwiazd i księżyc, który swym blaskiem oświetla szczyt Matterhornu… Ok. 23.30 może 24-ej lądujemy w namiocie i zasypiamy...   Środa 29.09.2012 godz. Ok. 6.30 Jak zwykle zrywam się pierwszy. W górach nie mogę długo spać. Jest tyle ciekawych rzeczy rano do zobaczenia. Robię kawę i idę w kierunku pobliskiej tamy. Aby tam dotrzeć przechodzę przez ciekawy tunel. Jego niepowtarzalność polega na tym, iż rozwidla się pod skałą mając dwa wyjścia. Wybieram to po prawej i przechodząc przez tamę szybko wdrapuję się na 100    metrową skarpę po drugiej stronie. Jak zwykle widok powala na kolana. Matterhorn od drugiej strony w porannym świetle wschodzącego słońca… Robię kilka fotek i po 45 min. znów jestem przy namiocie. Po drodze napotykam jeszcze piękną figurkę Matki Bożej zawieszoną w kapliczce na przydrożnym drzewie.  Przy namiocie zjadamy śniadanie i ok. 10-ej spakowani ruszamy do Zermatt. Razem z Krzychem idziemy dość szybko dlatego też na dole czekamy na Roberta i Łukasza. W tym czasie podchodzi  do mnie starsze małżeństwo w wieku ok. 70 lat pytając czy byliśmy na szczycie? Hmm trudno nie zauważyć, że byliśmy w górach. Na brodzie tygodniowy zarost, włos rozwiany. Dobrze, że udało się wczoraj wykąpać w pobliżu namiotu, w strumyku. Powracając do tematu odpowiadam, że tak. Że razem z przyjaciółmi w poniedziałek zdobyliśmy   górę. Miły starszy Pan (Niemiec) z uśmiechem mówi „MY TEŻ” w poniedziałek. Tylko, że helikopterem. Jak się okazuje jest to dość popularne wśród bogatszej części starszych osób. Żegnamy się z uśmiechem, kierując do centrum miasteczka. Mamy cały dzień na zwiedzanie i ewentualne zakupy pamiątek. Teraz już bez problemów trafiamy do centrum i muzeum, które otwarte jest dopiero od 11-ej. Razem z Łukaszem za 10CHF kupujemy bilet i rozpoczynamy zwiedzanie tego podziemnego starego świata. Muzeum jest niesamowite i polecam każdemu, kto tylko zapuści się do tego miejsca, gdyż w tym miejscu można poczuć ducha tamtych minionych lat kiedy to Góra pozwoliła na siebie wejść. Muzeum w swych zasobach posiada fragment liny, która pękła w 1865 roku podczas zejścia po zdobyciu szczytu. Jak pisałem śmierć poniosło wtedy cztery osoby, a trzy przeżyły. Historia ta upamiętniona jest w specjalnym pokoiku. Muzeum poświęcone jest górze i miasteczku. Odrestaurowana jest tam część uliczki starego Zermattu, a wszystko mieści się pod placem głównego deptaku miasteczka. Opuszczamy to miejsce po prawie 1, 5h. Na zewnątrz czekają już „lekko” zniecierpliwieni nasi dwaj towarzysze. Kupujemy kartki pocztowe, a co niektórzy inne pamiątkowe rzeczy. Wracamy do Tasch tą samą firmą taxi, co przyjechaliśmy. Oczywiście otrzymujemy gratulacje od kierowcy, który nas wiezie, bo to on też wiózł nas kilka dni wcześniej tylko, że w przeciwnym kierunku.  Na parkingu robimy zrzutę i za resztę franków (wyszło tego 2, 6CHF) kupuję kilogramowy bochenek chleba. Kosztuje całe za 2CHF. Jak on smakuje… Niebo w gębie (wcześniej 2 bochenki 0, 5kg zjedliśmy w Zermatt z tą tylko różnicą, że płaciliśmy za jeden 3CHF).  Do chlebka oczywiście robię sobie kawę. Chyba tylko ja ją piję. Szkoda, bo jest taka dobra. Nie wiem jak można nie pić kawy… Ok. 15-ej pakujemy się do Robertowego passata i ruszamy do Polski. Po drodze odwiedzamy jeszcze Góry Stołowe, którym poświęcamy cały czwartek, a na wieczór lądujemy u Krzyśka i przy tradycyjnym kopiowaniu zdjęć świętujemy udany wyjazd i nasz sukces. Następnego dnia ok. 8-ej ruszamy do swoich domów. Łukasza wysadzamy w Krakowie skąd ma busa do Sanoka, a ja razem z Robertem jadę do Radomia. Ok. 15-ej wszyscy szczęśliwi jesteśmy w swoich domach. Niesamowici ludzie. Niepowtarzalna góra, mógłbym już dziś tam wrócić. …."

Było długo ale mega bezpiecznie” – góra pozwoliła na siebie wejść…

 Andrzej Myrta „kudłaty”