Drukuj

Mont Blanc

kudlaty. Opublikowano w Mont Blanc 4810m

 

 

MONT BLANC 4810m npm - droga 3M

 " nie ma łatwej góry, każda jeśli chce pokaże pazury"

 

            od lewej: Robert, Witak, ja i Adam

     ….. droga na szczyt...

              Sam pomysł wdarł się do mej głowy już dawno, myślę że tak ze dwa lata temu. Na początku odsuwałem to od siebie, bo są przecież są inne ciekawsze, trudniejsze szczyty choćby takie nawet jak Matterhorn, na który dane mi było wejść końcem lata ubiegłego roku. Mont Blanc bo to o nim mowa mierzy sobie 4810m npm co czyni go najwyższą górą Starego Kontynentu. Wg opinii wielu osób nie jest on górą trudną do zdobycia, a lekceważony jest także przez większość alpinistów przeważnie tych, którzy tam w ogóle nie byli. Chcąc samemu ocenić dostępność tej Góry zaplanowałem wyprawę na połowę czerwca już w lutym, bo w tedy to zacząłem organizować zespół. Po kilku zmianach w stałym zespole (przede wszystkim brak Krzycha, który dość poważnie złamał nogę w grudniu na nartach, a  dokładnie w planowany dzień ataku przez nas na MB miał mieć kolejną (ostatnią) operację na kolano) skład ustalił się następująco Andrzej Myrta KWW (Radom) organizator i kierownik wyprawy,  Adam Kowalski KWW (Warszawa), Robert Stachyra (Skarżysko Kamienna), Witek Staniek KWK (Bielsko Biała).  Monitorując pogodę dniem wyjazdu stał się piątek 7 czerwca 2013 r. o godz. 18-ej wraz z Adamem, który jako pierwszy rozpoczął wyprawę wyruszając z Warszawy o godz. 15.30 wyruszyliśmy po Roberta, dalej prosto po Witka na Śląsk. Jak zwykle droga była długa i męcząca ale po 18-stu godz. w samochodzie zatrzymaliśmy się w Pont u podnóża Parku Narodowego Włoch czyli Gran Paradisso.  Celem naszego przyjazdu tam było zdobycie aklimatyzacji na szczycie o tej samej nazwie, a mierzącej 4061m npm góry. Pogoda była średnia, a może nawet i kiepska, gdyż padał deszcz a powyżej 3000m śnieg. Do schroniska  Emanuele II na wys. 2735m npm dotarliśmy ok. 17-ej. brodząc po kolana w mokrym śniegu.  Była sobota wieczór, a nad Gran Paradisso zaległy ciemne chmury, widoczność ze względu na mgłę spadła do 10-15m i niestety nie mogło to oznaczać nic dobrego. Tym bardziej, że na szczyt zamierzaliśmy wyruszyć dość wcześnie. Niestety miałem rację, choć w tej chwili mieć jej nie chciałem. Noc bardzo śnieżna z częstymi grzmotami i piorunami albo jak kto woli wyładowaniami atmosferycznymi. Mimo to po ustaniu śnieżycy ok. 6-ej wyruszyliśmy w kierunku szczytu. Niestety już na samym początku ujawnił się brak rakiet śnieżnych. W schronisku nie można ich było pożyczyć , gdyż ich nie mieli. Nie pozostało nic innego jak próbować bez. Przy torowaniu w śniegu nierzadko po pas zmienialiśmy się na bieżąco i tylko z zazdrością patrzyliśmy jak skyturowcy na swych nartach pomykają lekko ku górze. Po kilku godzinach marszu nastąpiło załamanie i tak już słabej pogody. Siadła mgła, zerwał się bardzo porywisty wiatr i oczywiście zaczął padać śnieg. Widoczność w tych warunkach spadła niemal do 10m, a wiar nie pozwalał na wyprostowanie pleców. W tej sytuacji na wysokości ok. 3500m zarządziliśmy odwrót. Powolutku dotarliśmy do schroniska, gdzie po spakowaniu plecaków i wymienieniu kilku informacji z gospodarzami schroniska ruszyliśmy w kierunku parkingu w Pont u podnóża Parku. Noc spędziliśmy w opuszczonej chacie pasterskiej w prawie opuszczonej wsi Pont.  Nazajutrz tj w poniedziałek 10 czerwca rankiem dotarliśmy do górskiego włoskiego miasteczka Courmayer. Tam wypożyczyliśmy rakiety śnieżne i kolejką linową wbiliśmy się na wys. Ok. 3000m npm. Z uwagi na to, iż dużą część dnia poświęciliśmy na zwiedzanie i szukanie wypożyczalni namiot zaczęliśmy rozbijać ok. 18-ej. Oczywiście siadła gęsta mgła i zaczął padać śnieg. Dobrze okopaliśmy namiot i dzięki temu skurczył się on o jakieś 30cm co dla czerech facetów było dość istotną wadą gdyż podłoga mierzyła 2m na 2m. było ciasno, ale przytulnie  budzenie ustawiłem na 4.03 aby nie było równo. Zawsze to 3 min więcej snu. Na sygnał oznaczajmy pobudkę zaglądnąłem przez „drzwi” namiotu. Minę miałem nietęgą. Znów gęsta mgła. Wracając do ciepłego śpiwora przestawiłem budzenie na 6.03. ależ się uradowałem wyglądając o tej godzinie na zewnątrz namiotu. Mgła opadła, a z niej wystawały szczyty 3-4 tysięczych gór. Szybka pobudka reszt ekipy i ok. 7.30 wyruszyliśmy spakowani  w kierunki Aig. du Midi. Jest to szczyt o wys. Ok.  3842m npm na którym mieści się końcowa stacja kolejki z Chamonix we Francji. Do przejścia mieliśmy ok. 4-5 km po lodowcu z przewyższeniami sięgającymi 500m. na lodowcu wszyscy związani byliśmy liną w odległości ok. 15m od siebie i między innymi to ochroniło mnie przed lotem w głąb szczeliny lodowej. Idąc po polu lodowym sprawnie omijaliśmy widoczne bardziej lub też mniej szczeliny lodowe jednak w pewnym momencie poczułem jak śnieg ulatuje mi z pod nóg, a ja ląduję z rozpartymi rękoma po pachy w śniegu. dzięki temu, że je rozłożyłem prawdopodobnie nie wpadłem na dno tej szczeliny liczącej klika metrów. Była całkowicie cie niewidoczna zasypana równiutko świeżym, nocnym śniegiem. Powoli „wygrzebałem” się z niej dziękując Bogu, że tylko tyle się stało. Po tym zdarzeniu podjęliśmy decyzję o trawersie całego zbocza dodając ok. 500m marszu, ale w bezpieczniejszym terenie. Ok. godz. 15-ej dotarliśmy do celu czyli pola namiotowego na lodowcu Valle Blanche na wys. 3500m npm u stóp Aig. du Midi 3842m. Po dodatkowej aklimatyzacji na jej szczycie, gdzie jak pisałem znajduje się końcowa stacja kolejki powróciliśmy do namiotów by ok. godz. 22-ej. Położyć się ciepłym śpiworku do snu. Plan zakładał, że położymy się spać ok. 21-ej ale o tej godz. Położył się tylko Robert z Witkiem ja wraz z Adamem topiłem śnieg szykując herbatę i napoję na jutrzejszy dzień ataku. I tak zeszło nam do 22-ej. Snu miało nie być dużo. Telefon z dzwonkiem ustawiłem na 0.11 czyli snu mieliśmy ok. 2h.  Przed nami zapowiadał się długi, bardzo długi dzień, gdyż był to dzień ataku na Mont Blanc. Nie przypadkowo wybrałem tę trasę wg opisów miała być dłuuuga i męcząca i taka była!. Po północy jak jeden mąż zebraliśmy się jedząc szybko śniadanio-obiad. Składający się z zupek liofilizowanych czyli pełnowartościowego odwodnionego pożywienia turystycznego. Zalewamy go tylko wodą i po 10 min. mamy gotowy obiad. Pogoda była przepiękna. Gwieździste niebo oplatało cały masyw Mont Blanc. Wyruszyliśmy jako pierwszy zespół ok. 1.26. po ok. 20 min. za nami wyłoniły się kolejne światełka mówiące nam, że kolejni alpiniści wyruszyli na podbój Białej Góry. Przed nami pierwsze wyzwanie postawił Mont Blanc du Tacul. Na szczęście nie musieliśmy wbijać się na szam szczyt tego kolosa tylko trawersując zdobyliśmy wysokość ok. 4200m. na przedzie szedł Adam torując nieprzetarty szlak. Jakież było moje zdziwienie, gdy patrzyłem jak on idzie i nie zapada się po kolana w śnieg a ja za nim niestety tak. Powiedziałem sobie w duchu „jestem chyba za gruby ” nie trwało to jednak długo jak i Adam brnął po kolana w śniegu i metr po metrze zdobywał wysokość. Jednym słowem odwalił kawał porządnej roboty wprowadzając nas na Mont Blanc du Tacul.  Niestety powoli osiadająca mgła zasłoniła nam migające światła Chamonix, a wzmagający się wiatr utrudniał marsz ku szczytowi. Powoli zaczęli doganiać nas skyturowcy, dość sprawnie wyprzedzając na swych nartach. Po jakim czasie po wyżłobionej ścieżce doszedł do nas francuski przewodnik z dwoma klientami. Po krótkiej wymianie uprzejmości zaproponowałem aby teraz on przejął rolę pierwszego i torował przed nami drogę. Adam zasłużenie przemieścił się na koniec, a ja zająłem jego miejsce. Po trawersie Mont Blanc du Tacul-a kierowaliśmy się w kierunku Mont Maudit z jego 70 metrową ścianą z    nachyleniem ok. 70°. Pogoda z minuty na minutę się pogarszała. Wiatr się wzmagał, a widoczność spadał do 20m. zaczęliśmy zasłaniać twarze niewytrzymując naporu wiatru z igiełkami lodu. Po ok. 1,5h. idąc w takich warunkach przewodnik wraz z klientami postanowił zawrócić sugerując nam o samo. W krótkiej rozmowie uzasadniał, że jest zbyt duże zagrożenie lawinowe, bardzo gęsta mgła w której nic nie widać, a po południu wiszące seraki śnieżne  (wielkie góry lodowe wybijające się jak góry z pod śniegu) grożą obrywem. Nie czekając wiozłem łopatę lawinową i wykonałem test lawinowy aby ocenić zagrożenie. Test wykazał, że poruszamy się terenie dwójkowym czyli w miarę bezpiecznie. Jednak po południu kiedy mieliśmy wracać będzie świecić słońce i temp. znacząco wzrośnie, a wraz z nią zagrożenie lawinowe i to co mówił francuz będzie bardzo realne. I wtedy stało się dla nas jasne, że idziemy tylko w jedną stronę, że jeśli w tych ciężkich warunkach nie zawrócimy tylko pójdziemy dalej musimy schodzić bezpieczniejszą drogą tzw. normalną przez Gouter-a. Wiązało się to z tym, że nasz czas powrotu do namiotu wydłuży się o jeden dzień. Faancuz zawrócił wraz z klientami, a do nas doszła kolejna grupa 5 osób składająca się z 5 osób 2 Hiszpanów i 3 Portugalczyków ( w tym jednej kobiety). Zaproponowałem im nasze rozwiązanie, któro dawało szansę na zdobycie szczytu, lecz i oni po krótkiej naradzie postanowili zawrócić. My ruszyliśmy dalej. Ja torowałem , a za mną Witek, Robert i Adam. Na razie całkiem nieźle znosiliśmy wysokość. Po ok. godzinie czyli ok. 6-ej mgła częściowo ustąpiła a my mogliśmy w końcu przestać używać GPS- u do ustalania kierunku marszu. Przed nami wyłoniły się potężne seraki wiszące tuż nad nami, nie raz przekraczaliśmy zmrożone szczeliny lodowe, które z nastaniem dodatniej temperatury stawały się niebezpieczną pułapką czyhającą na alpinistów. Po ok. 0,5 h moim oczom ukazała się sławetna 70 metrowa ściana Mont Maudit z nachyleniem ok. 70°. Po dotarciu do niej w przepięknej scenerii iskrzących się płatków śniegu na mrozie (ok. -8°C) jako pierwszy wbiłem się w nią metodą czekan –raki, czekan-raki. I tak po paru minutach byłem na jej wierzchołku. Po chwili doszli do mnie pozostali członkowie teamu, a za nimi kolejni 3 alpiniści. Niestety pogoda nie była łaskawa i znów owiła nas nieprzeźroczysta mgłą, a wraz z nią zerwał się wiatr. Góra mocno się broniła. Kolejni śmiałkowie przed chwilą poznani zdecydowali się na odwrót i powrót do miejsca startu. Po ok. 1h marszu napotkaliśmy kolejnych 2 skyturowców. Zawrócili. Mówili, że nie są w stanie iść dalej w tych warunkach. My mając w planach zejście inna drogą niż wchodzimy parliśmy dalej. Ok. 10-ej dotarliśmy do moreny bocznej pod Mont Blankiem z stąd już tylko ok. 500m w pinie do szczytu. Ku naszej radości mgłą wraz z chmurami opadłą na wys. ok. 3500m a naszym oczom ukazał się Blanc w całej swej okazałości. Byliśmy już tuż, tuż… każdy z ans odczuwał już zmęczenie jednak bez objawów choroby wysokościowej.  Po ok. 3 godzinnej walce ze samym sobą i z wysokością stanęliśmy na najwyższej górze Europy czyli MONT BLANC. Była godz. 13.06 w dniu 12 czerwca. Na szczycie chłonęliśmy widoki jakie rozpościerały się przed nami. z jedne strony całkowicie odsłonięte Alpy włoskie a z drugiej wyłaniające się z pod mgły szczyty Alp francuskich. Na szczycie spędziliśmy ok. pół godziny w całkowitej samotności. Nie było nikogo oprócz nas. Tylko my i góra. W tym dniu z zespołów pieszych to tylko nasz dotarł na szczyt drogą 3M (czyli 3 czterotysięczników).  Teraz już tylko zejście. Tak jak się mówi „góra jest zdobyta dopiero w tedy jak bezpiecznie pojawisz się w bazie”.     Rozpoczęliśmy schodzenie drogą normalną przez Goutiera. Trwało dość długo wszyscy byliśmy już zmęczeni. Najpierw dotarliśmy do położonego na wys. 4300m npm schronu awaryjnego Vallot  i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej w dół mijając kilka zespołów udających się na szczyt.  Ok. 16-ej dotarliśmy do schroniska Gouter na wys. 3863m npm z nadzieją noclegu jednak było w remoncie i musieliśmy schodzić nadal w dół do schroniska Tete Rousse znajdującego się na wys. 3167m. aby dojść do niego koniecznym było przekroczenie ba przebiegnięcie przez tzw. kuluaru śmierci.  Jest to śnieżna  rynna w której non stop z góry lecą kamienie i dość często zdarzają się tam wypadki nawet śmiertelne spowodowane uderzeniem takim kamieniem. Nam udało się bez większych problemów dotrzeć do schroniska, gdzie po obfitej kolacji ok. godz. 21-ej zasnęliśmy spokojnym snem zdobywców. Na zajutrz ruszyliśmy w kierunku Chamonix by po ok. 6h godzinach znaleźć się na samym środku tegoż miasteczka. O 17-ej ostatnim kursem kolejki dostaliśmy się do Aig. du Midi i jeszcze tylko 45 min. i byliśmy w namiocie. Całą noc byłą burz. Grzmiało, błyskało się, sypał śnieg. Zespoły chcące zdobyć Mont Blanc wyruszyły z 4-ro godzinnym opóźnieniem ok. 6-ej, a my już cieszyliśmy się że idziemy w przeciwnym kierunku na stronę włoską, by tam ok. godz. 8-ej wsiąść do kolejki i zjechać do naszego samochodu zaparkowanego tuż obok dolnej stacji kolejki w Courmayer. W drodze powrotnej zwiedziliśmy Mediolan, Wenecję w nocy między 22 a 2 w nocy –jest oszałamiająca, a o godz. –ej nad ranem razem z Adamem kąpałem się już w Adriatyku by ok. 4.30 usnąć na plaży wsłuchując się plusk morskich fal. Nawet chrapanie Roberta nie było w stanie tego zagłuszyć. Ok. 6.30 wstaliśmy i po porannej kąpieli w morzu i zjedzeniu obfitego śniadania ruszyliśmy do Polski.  Nasza wyprawa trwała 8 dni podczas których 3 krotnie przekraczaliśmy granicę 4000m npm w tym zdobyliśmy Dach Europy 4810m npm. Wszystkim dziękuję za wspólną wyprawę Andrzej „kudłaty”